Wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi Katedra Wawelska, 12 IX 2008


Wiktoria Wiedeńska
Wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi
Katedra Wawelska, 12.09. 2008 r.
Czytania: Ef 1, 3-6. 11-12; Łk 1, 39-47


Bracia i Siostry!

 

1. W sam dzień 325. rocznicy wiktorii wiedeńskiej sprawujemy Eucharystię w Katedrze Wawelskiej. Czynimy to, idąc niejako po śladach wielkiego króla Jana III Sobieskiego, który tutaj modlił się 10 sierpnia 1683 roku przed wyruszeniem na tę jedną z najważniejszych w historii Europy bitew. Tu także, 23 i 24 grudnia tego samego roku, dziękował za odniesione zwycięstwo po szczęśliwym powrocie. To wówczas przy grobie św. Stanisława zawiesił wielką chorągiew Kara Mustafy. Upamiętnia to do dziś tablica ufundowana przez wawelską Kapitułę, umieszczona przy południowej bramie Katedry. Strzemię zaś Wielkiego Wezyra zostało zawieszone jako wotum na gwoździu przebijającym stopy Chrystusa z czarnego Krzyża Królowej Jadwigi. Znajduje się tam po dziś dzień. Szesnaście lat po bitwie wiedeńskiej jej bohater znalazł w naszej Katedrze miejsce wiecznego spoczynku - w krypcie św. Leonarda. Jest więc wiele historycznych powodów po temu, aby nasze obchody zaczęły się właśnie tutaj.

2. Z drugiej strony, można zadać pytanie: co tak naprawdę świętujemy? W jaki sposób mamy świętować tamte wydarzenia dzisiaj - w Kościele XXI wieku, w epoce soborowej deklaracji o wolności religijnej oraz dialogu międzyreligijnego? Jak wspominać tamtą wojnę w dzisiejszej Polsce i Europie, w której muzułmanie przestali być „obcymi", a stali się nierzadko naszymi sąsiadami? O czym dziś mamy myśleć w liturgiczne wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi, ustanowione w Kościele na pamiątkę wiedeńskiej bitwy? Imię Matki Bożej - Maria, hebrajskie Miriam - znaczy tyle, co: „Przyczyna naszej radości". Co jest więc dzisiaj, 325 lat po bitwie pod Wiedniem, przyczyną naszej radości? Z czego się cieszymy? Co jest źródłem naszej słusznej dumy?


Pytanie jest ważne. Wiedeń jest przecież jednym z tych fragmentów dziejów Polski, które przez kolejne stulecia wyznaczają jej tożsamość, określają właściwy jej system wartości, opisują także jej rolę w Europie i świecie. Nie bez powodu to właśnie matejkowski, monumentalny obraz Bitwy pod Wiedniem przez ostatnie dekady rozbioru Polski pełnił rolę jej szczególnego „ambasadora" w Watykanie... Jak wiemy, wisi tam do dzisiejszego dnia.

 

3. Odpowiedź na postawione pytania można znaleźć wyłącznie w jeden sposób. Trzeba nam wszystkim stanąć w duchu przed Czarnym Krucyfiksem Jadwigi i wpatrzeć się w strzemię Kara Mustafy, zawieszone na Jezusowej stopie. Czy ono tu „pasuje"? I czym ono jest? Czy jest wotum na chwałę Jezusa? A może jest ciężarem jakby kłócącym się z Jego cierpieniem? Kiedy jest jednym, a kiedy staje się drugim?
Odpowiedź - czujemy to - znajduje się w nas. To my wydobywamy sens z tego szczególnego znaku. Czego więc znakiem dla nas jest owo strzemię Kara Mustafy?


Czy jest to tylko trofeum - jedna z wielu zdobyczy? Dowód siły oręża? Dowód militarnego sukcesu? Czy jest to argument za tym, że ostatecznie najważniejszym czynnikiem w dziejach człowieka jest siła i przemoc?
A może jest to raczej znak zdolności do ofiary? Znak decyzji króla i jego żołnierzy - gotowych do ofiary nawet z własnego życia - w imię wartości od życia ważniejszych?!
Dalej: czy jest to znak zwycięstwa, którym chcielibyśmy karmić tylko nasze poczucie siły i chwały?
Czy raczej jest to znak wdzięczności wobec Boga, który pozostaje Panem dziejów, przeprowadzając nas przez klęski i zwycięstwa? Czy nie w tych kategoriach postrzegał tamtą bitwę król Jan, kiedy donosił papieżowi: Venimus, vidimus, Deus vicit?!


I dalej: czy owo strzemię mobilizuje nas do pamięci o wojnie? O wrogości? O konflikcie? Czy budzi w nas lęk przed innymi? Czy budzi podejrzliwość wobec innej kultury?
Czy raczej przywodzi na pamięć miłość? Miłość wielkiego władcy i tych, którzy poszli za nim. Miłość do własnej Ojczyzny, i do zagrożonych sąsiadów, do Europy. Miłość do wiary, do Kościoła, do kultury chrześcijańskiej. Miłość większą niż lęk przed śmiercią. Miłość nie gołosłowną, lecz zdolną do czynu?

 

4. Ostatecznie wszystkie te pytania sumują się w jednym: jakiego zwycięstwa pamiątką pozostaje to strzemię? Czy zwycięstwa nad innymi, nad drugim człowiekiem? Czy raczej zwycięstwa nad sobą, nad swoim egoizmem, nad troską wyłącznie o siebie i swoje bezpieczeństwo?
Gdyby strzemię Kara Mustafy miało być dla nas znakiem triumfu nad drugim człowiekiem, nawet wrogiem czy innowiercą, wtedy trzeba by je chyba zdjąć z Wawelskiego Krzyża. Widziane tylko w takich kategoriach nie pasuje do stopy Tego, który nigdy nie dosiadał bojowego konia. Nie pasuje do Krzyża, który jest znakiem chwały, ale wcześniej hańby. Krzyż jest znakiem triumfu, ale wcześniej ofiary. Jest znakiem wybrania i jedynej godności Syna Bożego, ale wyłącznie przez doświadczenie słabości i zawierzenia Ojcu. Krzyż jest znakiem zwycięstwa, ale nie nad którymkolwiek z ludzi! Jest znakiem miłości - także do nieprzyjaciół.


Czy mówiąc w taki sposób dystansujemy się do tamtego zwycięstwa? Czy osłabiamy sens wiedeńskiej wiktorii? W żadnym wypadku! Właśnie dlatego, że wtedy król Jan obronił tożsamość Europy, my dziś możemy otwierać się na inne kultury, na inne tradycje, na inne religie. I właśnie dlatego, że pod Wiedniem została obroniona Chrystusowa Ewangelia, my dziś możemy ją lepiej i głębiej zrozumieć. Możemy jej także bronić - w Polsce i w Europie, a przede wszystkim w każdym z nas. Nie za pomocą oręża, ale na drodze miłości i dialogu z innymi, na drodze osobistego nawrócenia.

 

5. Patronka dzisiejszego dnia uczy nas tych najgłębszych postaw. Uczy nas miłości. Ona bezwarunkowo zawierzyła Bogu. Uczyniła to wypowiadając swoje fiat wobec Bożego posłańca, anioła: «Oto ja służebnica Pańska, nie mi się stanie według słowa twego» (Łk 1, 38). Oddała się do dyspozycji Bogu, a On zaprowadził Ją do drugiego człowieka. Maryja nie zamyka się w sobie. Nosi w sobie Tajemnicę, ale jest to Tajemnica Miłości. Spieszy więc z pomocą do krewnej, potrzebującej pomocy. Nie spieszy sama. Przecież nosi w swoim łonie Jezusa. Nosi w sobie największą Miłość.


Maryja uczy nas wdzięczności. Magnificat wykracza poza Jej osobiste doświadczenie. Obejmuje całe dzieje człowieka. Jest pamięcią serca. Maryja dziękuje za wielkie rzeczy, które uczynił Jej Wszechmocny, ale dostrzega Jego miłosierdzie ogarniające wszystkie pokolenia. Dostrzega moc Jego ramienia, przywracającą elementarną sprawiedliwość w świecie. Bo to przecież On „rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych syci dobrami, a bogaczy odprawia z niczym" (Łk 1, 51-53).


Maryja uczy nas mądrości. Uczy nas dostrzegania Boga w wydarzeniach naszego życia i w wielkich wydarzeniach ludzkiej historii. To Ona uczy nas właściwego spojrzenia na wiktorię wiedeńską, ale także na wszystkie inne nasze zwycięstwa i porażki, na wszystkie nasze niepokoje, zagrożenia i nadzieje.
Niech Ona - Przyczyna naszej radości - towarzyszy nam na drogach naszego życia prowadzących do ostatecznego zwycięstwa, do ostatecznej radości, do pełni życia w królestwie miłości i pokoju.

Amen.

 

powrót

Msze święte

Wyszukiwarka tymczasowo nieaktywna


Partnerzy:
Mecenas: